Informujemy, że na tej stronie stosujemy pliki cookies (tzw. ciasteczka). Korzystając ze strony wyrażają Państwo zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Jeśli chcą Państwo zmienić tę opcję, należy zmienić ustawienia przeglądarki dotyczące przechowywania i uzyskiwania dostępu do plików cookies w Państwa komputerze. Rozumiem komunikat.

Kliknij tu aby zamknąć powiadomienie.

ARCHIWUM DZIAŁU: Kultura

W paszczy wieloryba

dodane 18.02.2015
[Region]   We wtorek 17 lutego, w tzw. Ostatki, w katowickim Spodku zaprezentowany został kolejny spektakl duetu Mariusz Kozubek – scenariusz i reżyseria oraz Piotr Czakański – produkcja, twórców megawidowisk „Franciszek – wezwanie z Asyżu” oraz „Exodus”. Tym razem, wprawdzie z dużo mniejszym rozmachem ale równie wielkim powodzeniem, zaproponowali widzom musical „Jonasz”, będący sceniczną adaptacją biblijnej Księgi Jonasza. W Spodku obecni byli m.in. prezydent Katowic Marcin Krupa, burmistrz Lublińca Edward Maniura, biskup diecezji sosnowieckiej Grzegorz Kaszak, czy o. Antoni Bochm, prowincjał Oblatów w Polsce.   Historia tytułowego bohatera opowiedziana została na wskroś współcześnie. Jonasz za miejsce na statku płaci platynową kartą kredytową, a sam kapitan bardzo przypomina Jacka Sparrowa, w czasie burzy nuci sobie… „10 w skali beauforta”. Dwór Niniwy pełen jest z kolei plastykowych lalek i przegiętych gejów, ściany i meble aż kapią od złota, złotym pyłem obsypani są także półnadzy dworzanie, a władcy żywią się przeważnie czekoladkami. Wszystkiemu towarzyszą dowcipne i czasem prowokacyjne dialogi, barwne kostiumy i dynamiczna, wpadająca w ucho muzyka, która łączy w sobie wiele różnych elementów – od klimatów żydowskich (m.in. finałowa „Shalom Shalom”) poprzez rock do ckliwego popu. Warto także zwrócić uwagę na scenografię, która zachwycała w poprzednich widowiskach. W „Jonaszu” również mocno zaskakuje i porywa – okręt „płynie” po falach, gniew Boga wywołuje morską burzę, w scenach na dworze wszystko błyszczy bardziej niż na gali rozdania Oscarów. Ale największe wrażenie robi oczywiście wieloryb, który połknął bohatera, a który „wpływa” na scenę Spodka, wyglądając jak ze snu albo z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. W jego wnętrzu Jonasz śpiewa wzruszającą piosenkę-modlitwę.   W rolach głównych wystąpili śląscy i zagłębiowscy aktorzy związani z gliwickim Teatrem A: Małgorzata Grund (Królowa), Grażyna Styś (Robaczek), Angelika Chirowska (Niniwitka) oraz Leszek Styś (Kapitan), a także tacy uzdolnieni wykonawcy jak: Piotr Solorz jako Jonasz, Maciej Pawlak (Król), Maciej Omylak (Prorok), Niniwici: Konrad Bilski, Ewa Kopiec, Elżbieta Piekorz oraz Marynarze: Marcin Pietrzyk, Paweł Warsiński i wielu innych.   – Reżyser i producent zawsze zaskakują publiczność swoimi interpretacjami. Jeśli ktoś spodziewał się tradycyjnych historii, był bardzo zdziwiony. Myślę, że mocnym punktem spektaklu były rewelacyjne musicalowe songi, które same w sobie niosły dla nas występujących nastawienie emocjonalne. Różne są metody pracy nad rolą. Ja preferuję budowanie postaci w oparciu o muzykę, klimat, strój, wygląd, bodźce zewnętrzne. Nie uważam, że muszę przypominać sobie przykre wrażenie i katować się przez cały spektakl, aby wypaść wiarygodnie w smutnej scenicznej sytuacji. Sama postać ma tak bogatą historię, że bazowanie na jej przeżyciach i doświadczeniach było dla mnie niesamowitą przygodą. Praca nad „Jonaszem” była niesamowicie owocna i intensywna. Przedstawienie ma niezwykły sceniczny potencjał, stąd też propozycja grania na warszawskim Torwarze – mówił po spektaklu jeden z występujących w nim artystów, sosnowiczanin Konrad Bilski, na co dzień pracownik Działu Promocji Wyższej Szkoły Humanitas.   Można by zwracać uwagę na pewne niedociągnięcia, wynikające zapewne z braku czasu na przygotowanie całości. Szkoda na przykład, że przez chwilowe problemy z nagłośnieniem i niedociągnięcia dykcyjne, czasami trudno było zrozumieć aktorów, zwłaszcza w partiach śpiewanych. Dzięki „drobnym błędom” spektakl nabiera jednak pewnej dozy szczerości i autentyczności. Warto bowiem podkreślić ogromny zapał i chęci wszystkich zaangażowanych osób, głównie bardzo młodych, które już szykują kolejną niespodziankę – na październik zapowiedziane jest następne przedstawienie, tym razem poświęcone historii Katowic, a zatytułowane „Peregrinus”.   Spektakl zakończył niezwykły koncert jedynego w Polsce rapującego księdza – Jakuba Bartczaka, autora płyty „Powołanie”. Wszystko zostało zorganizowane z okazji 10-lecia grupy Niniwa. Takie Ostatki tylko w Spodku. Magdalena Boczkowska

Fotografia czarno-biała w Sławkowie

dodane 17.02.2015
[Powiaty] Dział Kultury Dawnej Miejskiego Ośrodka Kultury w Sławkowie, Okręg Górski ZPAF oraz Zbigniew Podsiadło i Dominika Dzierżymirska-Podpłomyk zapraszają na wernisaż wystawy fotografii „Mistrz i uczeń”. Wernisaż odbędzie się w najbliższy piątek 20 lutego o godz. 18.00 w Galerii Działu Kultury Dawnej. Ekspozycja potrwa do 21 marca br. Patronat nad wystawą objął burmistrz Sławkowa, Rafał Adamczyk. – Wystawa nawiązuje do odwiecznej relacji mistrz-uczeń, która zawsze jest relacją dynamiczną i wzajemnie się dopełniającą. Jej poszczególne etapy prowadzą od naśladownictwa aż do dialogu, a fascynacja i chęć uczenia się oraz tęsknota za odnalezieniem własnej drogi stanowią oś jej istnienia – zaznacza Dominika Dzierżymirska-Podpłomyk. – Zarówno dla mistrza, jak i jego uczennicy, fotografia jest wielką miłością i pasją, a tworzenie prawie wyłącznie w konwencji czerni i bieli dostrzeganiem wszelakich odcieni szarości. Według nich bowiem właśnie czarno-biała fotografia najlepiej opowiada, że świat tak naprawdę nie jest wyłącznie czarno-biały – podkreśla artystka. Jej mistrz, Zbigniew Podsiadło, mieszka i pracuje w Sosnowcu. Jest członkiem Rady Fundacji „CENTRUM FOTOGRAFII” oraz Rady Programowej Centrum Sztuki – ZAMEK SIELECKI. Artysta jest Laureatem Artystycznej Nagrody miasta Sosnowca w 2010 roku. Ponadto członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, od 2004 roku pełni funkcję prezesa Okręgu Górskiego ZPAF i członka Zarządu Głównego ZPAF. To także wielokrotny laureat najważniejszych konkursów i wystaw fotograficznych, autor dziewięciu indywidualnych wystaw tematycznych. Brał udział w ponad dwustu wystawach międzynarodowych i krajowych. Zdobył medale i nagrody na wystawach w Zagrzebiu, Singapurze, Rio de Janeiro, Budapeszcie, Moskwie, Madrycie, Pekinie, San Francisco, Berlinie. Posiada Medal 150-lecia Fotografii, Złotą Odznakę Polskiej Federacji Stowarzyszeń Fotograficznych oraz Odznakę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Zasłużony Dla Kultury Polskiej”. Ponadto Zbigniew Podsiadło był jurorem wielu międzynarodowych i krajowych konkursów i wystaw fotografii, a także uczestnikiem i organizatorem plenerów i sympozjów artystycznych. Pełni także funkcję opiekuna artystycznego Stowarzyszenia Miłośników Fotografii w Sosnowcu. – Mocną stroną tej ekspozycji przygotowanej przez Okręg Górski ZPAF i Dział Kultury Dawnej w Sławkowie jest poziom artystyczny zdjęć, które autorski duet opracował według jednolitej koncepcji estetycznej. Mistrz Zbigniew Podsiadło przedstawił fragmenty zestawu „W Szarościach”, zrealizowanego w fotografii czarno-białej. Obrazy pokazują fragment dorobku artysty z ostatnich lat. Znakomity poziom zdjęć podkreśla podwyższony kontrast odbitek, niekiedy odrealniający opisywaną scenerię i nadający im indywidualny charakter – uważa Paweł Pierściński, wybitny fotografik, twórca Kieleckiej Szkoły Krajobrazu, kierunku artystycznego preferującego szerokie i proste spojrzenie na krajobraz.   – Styl mistrza przejęła uczennica. Dominika Dzierżymirska-Podpłomyk przedstawiła różne tematy zrealizowane w konwencji powiększonego kontrastu i miejscowego przyciemnienia wybranych elementów obrazu. Proces autorskiego opracowania odbitek polega na specyficznym przyciemnieniu brzegów zdjęcia, które „optyczną ramą” otaczają temat główny, z reguły na rozjaśnionym tle. Zasada sprawdziła się w serii zdjęć nawiązujących do estetycznego kanonu Kieleckiej Szkoły Krajobrazu, a także przyniosła znakomite efekty w przypadku obiektów architektury zabytkowej i martwych natur. Zafascynowaniu dziełami mistrza uczennica przeciwstawia poszukiwania własnej drogi – podkreśla Paweł Pierściński.   (s) Zdjęcia Zbigniewa Podsiadło       Zdjęcia Dominiki Dzierżymirskiej-Podpłomyk  

Amore

dodane 16.02.2015
[Region, Dąbrowa Górnicza] W minioną niedzielę 15 lutego w Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej odbył się pokaz spektaklu Teatru My zatytułowany „Kochanie na kredyt”, którego autorem jest znakomity obserwator współczesnych absurdów rzeczywistości, Marcin Szczygielski – twórca m.in. bestsellerowego „Berka, czyli upioru w moherze”, przeniesionego na deski przez Teatr Kwadrat, reżyserem natomiast znakomity aktor Olaf Lubaszenko. Omawiane przedstawienie to komedia słowna, swoista farsa, z doborową obsadą i znakomitymi dialogami.   W rolach głównych wystąpili: Agnieszka Sienkiewicz, Filip Bobek, Przemysław Sadowski, Małgorzata Pieczyńska oraz Piotr Zelt. Premiera sztuki odbyła się w Londynie w 2013 roku i od tego czasu z wielkim powodzeniem wystawiana jest (z nieco zmienioną obsadą, w pierwotnej wersji zamiast Sadowskiego i Pieczyńskiej grali bowiem Bartek Kasprzykowski i Tamara Arciuch) w całej Polsce.   Głównym tematem „Kochania na kredyt” jest uzależnienie. A jak wiadomo, uzależnić można się od wszystkiego – od pieniędzy, zakupów, pracy, internetu, seksu, miłości. Główna bohaterka, Anna (Sienkiewicz), przyzwyczajona była do życia w luksusie, wielkich zakupów i miłości, ale nagle wszystko prysło jak bańka mydlana, jej świat się zawalił. Straciła pracę telewizyjnej gospodyni programu kulinarnego, chłopak, Paweł (Sadowski), porzucił ją, a do drzwi – wskutek uzależnienia od internetowych zakupów – puka komornik Dominik (Bobek) wraz z obstawą, ochroniarzem Łucjanem (Zelt). Jakby tego było mało, nagle zjawia się także Grażyna (Pieczyńska) – niezbyt lubiana była macocha, która odkryła w sobie pokłady macierzyńskiego ciepła.   Przede wszystkim ogromne brawa należą się za znakomity warsztat aktorski. Filigranowa Sienkiewicz na scenie okazuje się wulkanem energii, z jednej strony gra zagubioną dziewczynkę, która za wszelką cenę próbuje odzyskać miłość dawnego chłopaka, z drugiej – jest damą, która z wielką pewnością siebie demonstruje piękne sukienki zaprojektowane przez Tomasza Jacykowa i która potrafi walczyć o swoje i z macochą, i z komornikiem. Postać macochy pełna jest natomiast złośliwości i uszczypliwej pikanterii, nadgorliwością stara się w pewnym sensie przedłużyć sobie młodość, za wszelką cenę pokazać, że ciągle jest potrzebna, ale swą grą Pieczyńska udowadnia, że uzależnienie od wiecznej młodości również bywa zgubne i że można je przezwyciężyć tylko w jeden sposób – zakochać się i pomóc najbliższym.   Sadowski w roli Pawła – celebryty, uzależnionego od sławy, uwielbienia tłumów i pieniędzy, który jednak nie do końca jest tym, za kogo się podaje – bawi do łez. Zwłaszcza, gdy w finałowej scenie w pięknej sukni i peruce śpiewa jako Vanessa P., oczywiście na wysokich szpilkach, na których porusza się z dużą gracją. Bobek początkowo gra sztywnego urzędnika, który z czasem jednak okazuje mnóstwo empatii i pokazuje bohaterom drogę wyjścia i uwolnienia się od wszystkich nurtujących ich uzależnień. Zelt z kolei w roli zmaltretowanego życiem byłego profesora chemii, teraz ochroniarza, początkowo budzi współczucie, sprawia wrażenie nieporadnego w kontakcie ze światem, to trochę taki stereotypowy Polak w skarpetkach założonych do sandałów. Jego bohater również jednak przechodzi ogromną metamorfozę, którą aktor potrafi pokazać gestem, miną, zmianą głosu.   „Kochanie na kredyt” to farsa na nasze tu i teraz. W krzywym zwierciadle pokazuje świat uzależnień, świat pogoni za byciem celebrytą, choćby przez jeden sezon. Na kredyt można kupić wszystko, kochać też można na kredyt. Tyle tylko, że przecież każdy kredyt kiedyś trzeba niestety spłacić. Spektakl łączy w sobie inteligentne dialogi, doborową obsadę, wyrazistych bohaterów, znakomitą reżyserię i wiarygodną historię. Warto jeszcze dodać, że poszczególne sceny przeplatane są „głosami z offu” – swoistymi „reklamami” i zabawnymi „dobrymi radami”, które można sobie wziąć do serca, typu „miłość to jedyny sposób na zdobycie ludzi, których nie można zdobyć za pieniądze” albo „tylko prostytutka bierze od mężczyzny gotówkę, prawdziwa dama bierze tylko biżuterię, futra, samochody, no i nieruchomości”…   Wiadomo, że śmiech to zdrowie, a jeżeli komuś brakuje do niego powodów, polecam „Kochanie na kredyt”.   Magdalena Boczkowska   foto: kochanienakredyt.pl  

Już w tę sobotę „Opowieści z ulicy Brokatowej"

dodane 10.02.2015
[Region, Będzin] Teatr Dzieci Zagłębia zaprasza na pierwszą w tym roku premierę, która odbędzie się w sobotę 14 lutego o godzinie 17.00. Będą to „Opowieści z ulicy Brokatowej" Pierre'a Gripari'ego, w reżyserii Gabriela Gietzky'ego. – W Teatrze Dzieci Zagłębia przygotowujemy widowisko wielowymiarowe i zaskakujące formą, z niebanalną narracją i muzyką tworzoną na żywo, dziejące się na zaaranżowanym na scenie podwórku – zachęcają do obejrzenia spektaklu jego twórcy.   Spektakl składa się z kilku historii, które autor zaczerpnął z zabaw dzieci na francuskich podwórkach. Są to opowieści pełne zabawnych i absurdalnych z punktu widzenia dorosłego sytuacji, wydarzenia mroczne i straszne przeplatają się ze śmiechem, rubasznością i groteską. Czasami ich bohaterami jest para butów, przeżywająca piękną miłość, która przetrwa próbę rozstania, zmiennego losu, starzenia się i umierania. W innej opowieści młody książę Blub kocha syrenę. Dzięki wytrwałości i szlachetnemu sercu poślubi ją i będzie z nią szczęśliwy, choć jego ludzkie życie bardzo się zmieni.   Klasyczna opowieść o duchach, w której zmarły wujek nie zdaje sobie sprawy z tego, iż egzystuje poza swoim materialnym ciałem, dotyka nie tylko zawiłych zagadnień metafizycznych, mówi też o zgubnych skutkach przywiązania do dóbr ziemskich. Pojawiają się tutaj czarownice, które mieszkają na przykład w szafie na szczotki, a niekiedy przypominają dziwną sąsiadkę. Jedna z nich, aby odmłodnieć, będzie usiłowała zjeść dziewczynkę w sosie pomidorowym. Dobry z pozoru dar, otrzymany od pięknej wróżki mieszkającej w wodociągach, która przypadkowo trafiła do kuchennego kranu (choć mogła w plątaninie rur trafić znacznie gorzej), okazuje się przekleństwem, a kara wymierzona przez tę samą zwariowaną wróżkę innej bohaterce – jej największym szczęściem.   Opowieści inscenizowane przez Gabriela Gietzky'ego oparte będą na swoistym języku teatralnym, tworzącym spójny treściowo i plastycznie epizod. Mogą byćgrane szmacianymi lalkami w makiecie małego domku, z pomocą rytmów, teatru cienia, masek, elementów pantomimy i rysunków na ścianie, które pełnią funkcję ilustracji komiksowych. Pojawią się również takie, w których główną rolę zagrają nogi aktorów. Na scenie spotkać będzie można najzwyklejsze przedmioty, z których powoli zbuduje się niezwykły spektaklowy świat. Często będą to rzeczy tak z pozoru pozbawione poezji jak szczotka, sznur z suszącymi się prześcieradłami, biurkowa lampka lub blaszany kosz na śmieci.   Widowisko będzie wyraźnym nawiązaniem do „dormanowskich” wizji teatru, nowoczesnego w formie, często opartego na rytmach, korzystającego twórczo z zabaw dziecięcych i wyliczanek, tworzących widowisko teatralne z najprostszych i najskromniejszych elementów, których przestrzenią bywa też często zwykłe podwórko.   Spektakl przeznaczony jest dla widzów od lat 7 do 107, ponieważ w „Opowieściach z ulicy Brokatowej” każdy znajdzie dla siebie historię, która przemówi do jego najskrytszego świata marzeń i fantazji.   (s)

„Jonasz” na deskach Spodka

dodane 10.02.2015
[Region] 17 lutego, w tzw. Ostatki, scena katowickiego Spodka zamieni się w ocean, po którym pływać będzie wielki wieloryb! Wszystko za sprawą twórców (duet Mariusz Kozubek – scenariusz i reżyseria i Piotr Czakański – produkcja) megawidowisk „Franciszek – wezwanie z Asyżu” oraz „Exodus”, którzy tym razem zapraszają na musical „Jonasz”, będący sceniczną adaptacją biblijnej Księgi Jonasza. Interesująca fabuła, humor, dynamiczna muzyka – łącząca klimaty żydowskie, rock i pop – ciekawe układy choreograficzne, znakomita i zaskakująca scenografia – to wszystko czeka publiczność, która zgromadzi się w Spodku. W rolach głównych wystąpią śląscy i zagłębiowscy aktorzy związani z gliwickim Teatrem A: Małgorzata Grund, Grażyna Styś, Angelika Chirowska oraz Leszek Styś, a także tacy uzdolnieni wykonawcy jak: Piotr Solorz, Maciej Pawlak, Maciej Omylak, Konrad Bilski, Elżbieta Piekorz, Ewa Kopiec, Marcin Pietrzyk, Paweł Warsiński i wielu innych.   – Warto przyjść na ten spektakl, bowiem będzie to kompilacja wielu teatralnych technik. Będzie tam i muzyka, i taniec, i śpiew, i dramatyczne aktorstwo. Jest to bardzo nowatorskie przedstawienie. Także dlatego, że będzie miało niesamowitą scenografię, którą także watro będzie zobaczyć. Ponadto będą do podziwiania przepiękne kostiumy z różnych epok, m.in. baroku, romantyzmu, lat 80. XX wieku, a także bardzo współczesne, futurystyczne. Naprawdę będzie to dobra rozrywka – zaprasza sosnowiczanin Konrad Bilski. Bilety dostępne m.in. na ticketpro.pl.   (mag)

Dlaczego halny jest kobietą?

dodane 28.01.2015
[Będzin] W Pałacu Mieroszewskich 6 lutego o godz. 17.00 odbędzie się wernisaż prac znanego zakopiańskiego rzeźbiarza Czesława Jałowieckiego pt. „Halny w Będzinie”. Artysta tworzy rzeźby z kamienia i brązu oraz metalowe kolaże wpisane w ramy obrazów. Kolaże wykonane w autorskiej technice spawania, palenia i wycinania można już oglądać na będzińskim Zamku. Tytuł wystawy i wernisażu nawiązuje do cyklu rzeźb artysty, które od 6 lutego podziwiać będzie można w Pałacu Mieroszewskich. Cykl rzeźb związany ze znanym na południu halnym, przedstawia wiatr w postaci kobiet. Dlaczego halny jest kobietą? Bo, jak mówi artysta: „kobiety są wichrem i żywiołem, a jednocześnie mają w sobie łagodność baranka”. Cykl ma być próbą ujarzmienia wiatru. Artystę inspiruje człowiek i jego życie. W swojej twórczości opowiada o świecie, ludzkim losie, symbolice ludzkiej egzystencji. Dobro i zło jest nieodłącznym elementem jego prac. W dzisiejszym zagonionym świecie napiętych relacji międzyludzkich twórczość Czesława Jałowieckiego odrywa nas od codzienności, zachęca do obcowanie za sztuką, skłania do refleksji nad życiem i przemijaniem. Czesław Jałowiecki urodził się w 1935 r. w Przyszowicach, niedaleko Mikołowa na Górnym Śląsku. Swoje pierwsze prace rzeźbiarskie realizował w węglu, stawiając pierwsze kroki twórcze w ognisku plastycznym w Rydułtowach. Warsztaty z rzeźby ukierunkowały jego zainteresowanie sztuką. Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Zakopanem – słynną „Kenarówkę”, założoną przez Antoniego Kenara, a następnie Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Poznaniu – Wydział Malarstwa, Grafiki i Rzeźby, ze specjalizacją rzeźby. W młodzieńczych pracach artysty widać wpływ starszych rocznikowo kolegów z „Kenarówki”, zwłaszcza Władysława Hasiora. W 1964 r. Czesław Jałowiecki powrócił do Zakopanego, gdzie pracował jako instruktor muzyczny i nauczyciel w Liceum Ogólnokształcącym Obecnie pracuje jako instruktor ceramiki w Bukowiańskim Centrum Kultury – „Dom Ludowy". Od 1965 r. czynie uczestniczy w życiu artystycznym, posiada w swoim dorobku 14 wystaw indywidualnych i 42 wystawy zbiorowe w kraju i za granicą. Aktywnie działa w Związku Polskich Artystów Plastyków. Otrzymał Srebrny i Złoty Krzyż Zasługi oraz Medal Edukacji Narodowej za działalność artystyczno – pedagogiczną. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych w kraju i za granicą W 2012 r. został uhonorowany medalem „Zasłużony Kulturze – Gloria Artis”. Wystawa będzie czynna do 22 lutego br. Wstęp na wernisaż jest wolny. (s) foto: Bartosz Gawlik
Wróć

Alert

 

Jesteś świadkiem ważnego wydarzenia?
Urzędnicza bezmyślność dobrowadza Cię do szału?
Wiesz o czymś, co może zainteresować media?

 

Napisz do "Wiadomości Zagłębia": redakcja@wiadomoscizaglebia.pl

KONKURSY

 

 

PRACA

 

 

 

 

Adres redakcji:

"Wiadomości Zagłębia"
ul. Kilińskiego 43

41-200 Sosnowiec

e-mail: redakcja@wiadomoscizaglebia.pl